Tak, z jednej strony zgadzam się, że mężczyźni z dolegliwościami w obrębie miednicy mniejszej mają też bezsprzecznie bardzo bardzo trudną sytuację. Doktor Echenberg pisze, że w US niektórzy z nich są tak zdesperowani, że udają się po pomoc do takich ginekologów jak on sam - specjalizujących się w "pelvic pain", czyli bólu w miednicy mniejszej (vulvodynii, zespołu bolesnego pęcherza, jelita drażliwego, dysfunkcji mięśni dna miednicy itp.). Z naszej polskiej perspektywy tragiczny jest fakt, że u nas nie ma wcale takich ginekologów, do których można by się udać.
Ale z drugiej strony - tak bardziej ogólnie to zaryzykowałabym twierdzenie, że już np. o problemach z impotencją mówi się w dyskursie społecznym znacznie częściej niż o bólu pochwy podczas seksu. Kobiece choroby i dolegliwości przecież od dawna określane są często jako "histeryczne".
Jestem też przekonana, że olbrzymi wpływ na to, że o problemach z erekcją się tyle mówi mają miliony i miliony zainwestowane w reklamę Viagry.
To kolejny fakt, który utwierdza mnie w przekonaniu, że na razie o vulvodynii "opłaca się" tylko mówić samym kobietom, które się z nią zmagają. I ich bliskim - jeśli potrafią, i jeśli kobiety mają odwagę im opowiedzieć o swoim bólu.
Z pozdrowieniam, A.