Dzień dobry,
Chciałabym napisać o swoich doświadczeniach. Wprawdzie nie mieszkam już w Polsce, ale wiem, jak beznadziejnie to wygląda u nas. I dlatego chcę napisać o swoich zmaganiach z vulvodynią, może moja historia pomoże odkryć chorobę u którejś z was.
Mnie odkrycie na co choruję zajęło 5 lat. I udało się dopiero, kiedy zamieszkałam tutaj, w Stanach (w San Francisco). Teraz podlegam kompleksowej opiece i pisuję też regularnie na rózne fora amerykańskie, ale chciałam też napisać tutaj, żeby zachęcić inne kobiety do pisania. Bardzo się cieszę, że wreszcie jest coś po polsku.
Zaczęłam chorować w wieku 19 lat. Po inicjacji seksualnej zaczęłam ciągle odczuwać pieczenie w pochwie. Lekarze dawali mi wciąż nowe leki na grzybicę. Seks bolał na tyle, że po pewnym czasie całkowicie z niego zrezygnowaliśmy. W sumie przeszłam chyba kilkadziesiąt różnych kuracji u wielu ginekologów. Ale ból był coraz bardziej uporczywy i zaczął mi przeszkadzać w codziennym funkcjonowaniu. Co gorsza, wciąż nie wiedziałam co mi jest. Od kilku lekarzy usłyszałam, że to chyba jest "psychosomatyczne" albo że to hipochondria... Koszmar. To był najgorszy czas. Rozstałam się też z tamtym chłopakiem. Na pewno moje dolegliwości nie ułatwiły nam tego związku.
Na szczęście dwa lata temu wyjechałam na roczne stypendiu do USA, które przekształciło się w dłuższy pobyt. Tu też zaczęłam czytać w internecie o takich dolegliwościach po angielsku i po raz pierwszy natrafiłam na słowo vulvodynia. Znalazłam lekarza, który się w tym specjalizuje, który bardzo szybko potwierdził moją auto-diagnozę :)
Lecze się już od dwóch lat i choć nie jest jeszcze całkiem dobrze, to jest o niebo lepiej niż było. Uzyskałam tu mnóstwo pomocy i wsparcia. Poza lekarzem chodzę też do fizjoterapeutki i byłam też kilka razy u seksuologa z moim nowym partnerem. Biorę Elavil (antydepresant), robię ćwiczenia i powoli życie wraca do normy.
Myślę, że miałam dużo szczęścia, że wyjechałam. Podejrzewam, że w Polsce też bardzo dużo kobiet na to cierpi, tylko jakoś w ukryciu. Życzę wam z całego serca, żebyście uzyskały pomoc, żeby ta choroba nie psuła wam życia.
Z pozdrowieniami,
Nina




