Mam dwa epizody vulvodynii za sobą. 14 lat temu zachorowałam na kłykciny kończyste. W wyniku niewłaściwie poprowadzonego leczenia (poparzenie warg sromowych płynem do usuwania kłykcin) wywiązała się vulvodynia. Przez 4 lata zwiedziłam połowę gabinetów ginekologicznych w mieście i zaliczyłam wszystkie leki dopochwowe (i doustne) z apteki. Leczono mnie oczywiście na połowę standardowych chorób z podręcznika do ginekologii, których oczywiście nie miałam. Wymazy, posiewy itd jawnie zaprzeczały mojemu twierdzeniu, ze jestem chora. Na papierze (i w "oglądzie") byłam okazem zdrowia. W rzeczywistości potwornie cierpiałam.
Żyłam z chorobą 4 lata. Trudno powiedzieć, że walczyłam, bo żadne leki nie pomagały. ŻADNE. Pod koniec czwartego roku męczarni ból (a dokładniej parzenie) zaczął się zmniejszać i w końcu sam ustąpił pod koniec tego okresu. Nie wiem, dlaczego parzenie ustąpiło, nie da się tego powiązać z jakimkolwiek działaniem medycznym. Po prostu pewnego dnia uświadomiłam sobie, ze od jakiegos czasu nic mnie już nie parzy.
Dwa lata temu vulvodynia wróciła. Ale parzenie było zupełnie inne, dotyczyło tylko jednej wargi sromowej. Do dziś nie potrafię znaleźć żadnej przyczyny. Lekarz (inny) mając w pamięci moja "kłykcinową" przeszłość zasugerował istnienie kłykcin, które mogą być "pod powierzchnią" skóry (tak obrazowo mówiąc). Zastosował kilkakrotnie krioterapię, bezpośrednio po której nie nastąpiła żadna poprawa. W tej chwili parzenie również się zmniejsza (samo) i jeżeli mam zajętą czymś głowę w ogóle go nie czuję. Niestety 6 miesięcy temu doszło rwanie i szarpanie z prawej strony, które pojawia się okresowo.
Nie brałam amitryptyliny, przeszłam kilka sesji laseroterapii, usiłowałam znaleźć przyczynę vulvodynii w kręgosłupie (terapia manualna), ale bez rezultatu.
Napisałam o tym, co mnie spotyka, bo chociaż jestem w złej kondycji psychicznej, to moje doświadczenie mówi, ze te męczarnie czasami przechodzą i tak samo jak nagle nie wiadomo dlaczego przychodzą, tak czasami nie wiadomo dlaczego odchodzą.




