Od początku istnienia strony vulvodynia.pl – czyli od przeszło roku – z jednej strony budowaliśmy merytoryczne podstawy serwisu (artykuły, wywiady), z drugiej - promowaliśmy wiedzę i świadomość tej choroby. Był to czas intensywnych prób zainteresowania zagadnieniem vulvodynii środowiska medycznego. Wysyłaliśmy setki maili, w tym do najznamienitszych ginekologów, zrzeszeń zawodowych, ogólnie do organizacji medycznych oraz na fora skierowane do ginekologów, szerzej, do lekarzy, oraz do studentów medycyny. Wszystko to w nadziei, że ktoś się zainteresuje, albo… że ktoś już się interesuje i w ogóle „jest dobrze”. Dostaliśmy dwie odpowiedzi. Jedną pozytywną (jeden lekarz pochwalił naszą pracę, ale nie był osobiście zainteresowany zgłębieniem samego tematu).
W tym okresie nie przestawaliśmy też szukać lekarzy bardziej tradycyjnie: telefonując i odwiedzając gabinety, głównie specjalistów ginekologów, którzy mogliby wiedzieć coś na temat vulvodynii i potrafiliby, czy choćby chcieliby spróbować ją leczyć.
Poszukiwania te okazały się bezowocne. Więcej nawet – odsłoniły, jaki jest poziom kompetencji w zakresie, którym się interesowaliśmy; jaka jest wiedza; jak niska jest kultura komunikacji.
Nie chcemy być cyniczni, ale też nie chemy udawać, że sytuacja jest inna, niż jest. Nadal jesteśmy bardzo otwarci i mamy nadzieję, że zaczną pojawiać się lekarze zainteresowani przewlekłym bólem vulvo-vaginalnym (sromu i pochwy). Tacy specjaliści są w Polsce naprawdę dramatycznie potrzebni.




